Wywiad z P. Haliną Izworską

„Szkolna Gorączka”: W jakich latach uczęszczała Pani do szkoły w Złockiem?

Pani Halina Izworska: Od 1962 do 1970 roku. W 1970 roku poszłam do szkoły zawodowej w Krynicy.

„SG”: Które wydarzenia z tamtego okresu pamięta Pani najlepiej?

P. H. I.: Mówiąc szczerze, to szkołę podstawową zawsze się mile wspomina, ale dopiero wtedy, kiedy się ją kończy. Potem się mówi: „A wróciłoby się do podstawówki, a bo było fajnie, tak rodzinnie.” Także ja bardzo mile wspominam szkołę podstawową. Wspominam pochody, kiedy to się szło do Muszyny z transparentami, potem były pyszne lody i powrót do szkoły. Pochody zawsze były 1 Maja i 22 lipca, natomiast Dzień Dziecka – 1 czerwca obchodziliśmy zawsze gdzieś w plenerze. Mało kiedy w szkole lub koło szkoły, zawsze szło się albo na Jasieńczyk, albo gdzieś tu na halę (w góry). Było bardzo miło, wycieczki były często, ale nie dwudniowe. Chociaż pamiętam, że w 8 klasie, żeśmy mieli taką do Szczawnicy, gdzie mieliśmy nocleg, bo przeszliśmy przez górę. Bardzo mile wspominam te czasy.

„SG”: Czy nauczycieli z tamtych lat można było lubić, słyszeliśmy coś na temat grochu, biciu po rękach, zostawania po ,, kozie”. Czy byli surowi, łagodni czy stosowali nagrody?

P. H. I.: Mówiąc szczerze nauczyciele przedtem traktowali dzieci jak własne, jak rodzinę. Zresztą byli to nauczyciele z naszego tutaj otoczenia. Bardzo się ich lubiło. Do tego stopnia, że był w domu taki przykaz, że nauczyciela zawsze trzeba szanować, to co powie nauczyciel, to jest słowo święte i tego żeśmy się trzymali. Wtedy nie było takich problemów jak w szkole w tej chwili, że uczeń coś tam popyskuje. To było niedopuszczalne. Ten szacunek do nauczyciela był większy niż w tej chwili. O grochu słyszałam tylko z książek, ale u nas nie. Natomiast było „zostawanie po kozie” (śmiech). Jak człowiek zasłużył (śmiech), to na pewno po tej kozie zostawał. Ja pamiętam, myśmy zrobili taki wybryk w 7 klasie. Przywieźli dzika, takiego chorego, tam na Zawodzie. Myśmy poszli i dokuczali temu zwierzęciu. Nawet z religii żeśmy poszli. No i zobaczyła nas nauczycielka. Na drugi dzień musieliśmy 3 godziny pisać 100 razy, że: ,, Nie będę dokuczać choremu zwierzęciu”. W życiu tego nie zapomnę, będę umierać i pamiętać to (śmiech). No, ale to był taki wybryk. Wiadomo, człowiek głupi no bo w takim wieku. Te kary były bardziej łagodne.
Tak jak mówiłam, był szacunek do nauczyciela i to, co nauczyciel powiedział to było słowo święte. Ale też nie było mowy, żeby tam coś uprosić. Bywało nawet, że pisaliśmy to, co mówili drobniutkimi literami, by jak najwięcej napisać. Pogodnie patrzyliśmy na te sprawy i do dzisiejszego dnia mile wspominam to wszystko, czego doświadczyłam od strony nauczycieli, bo było fajnie. A o biciu po rękach, to ksiądz jak sobie nie radził z nami, to nas lał takim patykiem, który miał ze 60 cm długości. A od innych nauczycieli to nie dostawaliśmy nigdy. Jak chodziliśmy na plebanię, na religię, to żeśmy mu jabłka wyjadali w ogrodzie. No i jak na lekcji człowiek był nie grzeczny, to ksiądz przyłożył takim patykiem w rękę, bo tylko po rękach bił. Bolało to, a jak piekło.

„SG”: Dzisiaj bardzo dbamy o gazetki w klasach, a czy dawniej przywiązywaliście do tego wagę?

P. H. I.: Nie było gazetek w klasach, tylko na korytarzach. Te najważniejsze rzeczy to był apel co poniedziałek, po całym tygodniu. Te gazetki były taką rzeczą święta. Tam były opisane wszystkie sprawy takie bieżące i te co już przeszły. Kto miał wtedy jakieś gazety? We wsi coś tam się słyszało, to było. Wtedy gazet praktycznie się nie czytało. Tak jak teraz można sobie kupić gazetę i coś tam wyczytać ciekawego. A przedtem to kogo stać było na tą ,,Krakowską”. Nigdy do miasta nie szło się, żeby o gazecie myśleć.

„SG”: Dzisiejsza młodzież chodzi do szkoły ubrana jak chce, czy Pani stroiła się do szkoły?

P. H. I.: Tak, w fartuszek. To był strój! Fartuszek – granatowy. Wszyscy chodzili w takim ubraniu. Chłopcy mieli takie fartuchy po pas, a dziewczynki miały dłuższe. Była to rewelacyjna rzecz. Tak jak już wam mówiłam, nie było tak, jak w tej chwili, że można było sobie chodzić w sweterku do szkoły, bo rodziców stać i dbają o to. Przedtem nie było mowy, żeby kupić i żeby rodziców stać było. To ten fartuch po prostu był takim ochronnym ubraniem. Ciężkie to były czasy, bo były to czasy powojenne no i było tak jak było. Ale ten fartuch ja mile wspominam, i nawet do szkoły zawodowej chodziłam w fartuszku 2 lata. Niektórzy mieli połatane, pocerowane te sweterki to ten fartuszek je zasłaniał. Nie było widać, że tam ma coś pod spodem, nie tak jak powinien. I było to takim rozwiązaniem dobrym. Dziewczynki miały fartuszki po kolana, wyglądał ten fartuszek jak teraz podomka. Kołnierzyk biały sama sobie robiłam na szydełku i przypinałam sobie na guziczki. Potrafiłam już go zrobić w 5 klasie na szydełku. Do tych fartuszków przywiązywano wagę. Nie można było przyjść do szkoły bez niego. Fartuchów było po sklepach i można było je kupić za groszowe sprawy.

„SG”: Szkoła w Złockiem obchodzi w tym roku 60 urodziny, wypuściła spod swoich skrzydeł wielu absolwentów. Czy dzięki tej szkole stała się Pani lepszym człowiekiem?

P. H. I.: Zawsze szkoła podstawowa, moim zdaniem, zostawia w człowieku bardzo dużo pozytywnych rzeczy. Nawet jak się jest już w wyższej szkole, to się mówi: ,, A wróciłoby się do podstawówki, tak było fajnie”. Jednak zostaje to coś. To kształtowanie człowieka młodego. Bo wtedy jest się jeszcze bardzo młodym i dzięki temu kształceniu, jak się idzie wyżej, to człowiek jest już taki, po prostu, ułożony trochę. Zawsze zostawia jakieś pozytywne odbicie na swoim. Myślami zawsze się do niej wraca. A kiedy się o niej mówi, to się zawsze śmiejemy. Bo taka jest prawda, to są dziecięce lata i tak jak mówię, w domu czy nawet jak się przy krowach robiło, to się wyrabiało różne rzeczy. To samo i w szkole. Tylko tak jak mówię był szacunek, a jak sobie ksiądz nie radził to przylał, ale najwięcej chłopaków lał. Tak w sumie to było w porządku. Nauczycieli to do dzisiaj spotykam tych, co mnie uczyli, bo niektórzy już nie żyją. Ja jestem bardzo zadowolona. Najmilej wspominam właśnie tę szkołę w Złockiem.

Naszych Drogich Czytelników informujemy, że autorką wywiadu jest wnuczka Pani Haliny Izworskiej – Magda Żygłowicz.
Udało nam się jeszcze dowiedzieć, że Pani Halina Izworska oprócz niej ma jeszcze jedną wnuczkę i trzech wnuków. Poza tym bardzo lubi czytać książki, zbierać grzyby. Od kilku lat podróżuje i zwiedza obce kraje. Prócz tego bardzo ładnie śpiewa. Kiedyś interesowała się haftem i szydełkowaniem. A w ogóle według jej wnuczki jest NAJLEPSZĄ BABCIĄ NA ŚWIECIE. :)

Piosenka z dawnych lat dla nauczycieli z okazji ich święta:

Raz do roku w listopadzie,
Kiedy lecą liście z drzew.
Inny nastrój w korytarzach.
Od młodzieży idzie śpiew.
Dziś wesoło dzwonek dzwoni
Jakoś raźniej niż co dnia.
Nauczyciel nasz przyjaciel
Swoje święto dzisiaj ma.
Pam pam, pa ba ra ba, pam pam.
(Muzyka u Babci Izworskiej) :)

 

Zostaw odpowiedź