Wywiad z Panią Pauliną Chylewską

PAULINA CHYLEWSKA: „Z resztą w życiu nie myślałam, że będę z telewizją i dziennikarstwem wiązać swoje życie. Kompletnie nie przyszło mi to nigdy do głowy.”

Dla nas na szczęście została dziennikarką i to nie byle jaką…

O Jej planach, początkach z telewizją, byciu dobrym dziennikarzem rozmawiali redaktorzy ze „Szkolnej Gorączki”.

„Szkolna Gorączka”: Dzień dobry.

Paulina Chylewska: Dzień dobry.

SG: Jesteśmy dziennikarzami ze szkoły w Złockiem. Redagujemy miesięcznik pod tytułem „Szkolna Gorączka”. Staramy się dostarczyć naszym kolegom różnych tematów, które mogłyby ich zainteresować. W tym celu chcielibyśmy zadać Pani kilka pytań.

SG: Czy decyzja dotycząca Pani aktualnej pracy została podjęta spontanicznie, czy wręcz przeciwnie – może marzyła Pani o tym od dziecka?

PCh: Nie, nigdy o tym nie marzyłam. Bardzo długo marzyłam o tym, by być nauczycielem. Potem chciałam być adwokatem. A potem zdarzyło się tak – ponieważ pochodzę z Bydgoszczy – mój tato, który oglądał bydgoską telewizję, przerzucając kanały, trafił na dziennikarkę, którą bardzo lubił. Nazywała się Basia Kozber. Ogłaszała właśnie, że szuka młodych ludzi do prowadzenia magazynu młodzieżowego. Tata spojrzał na mnie i powiedział: „Słuchaj, ty byś nie chciała…?”. A ja miałam w głowie zupełnie inne rzeczy! Przez pół swojego życia tańczyłam, śpiewałam, miałam różne zainteresowania. Ale powiedziałam: „Wiesz co, tato? Dobra, spróbuję”. Poszłam na przesłuchanie (nikt wtedy nie nazywał tego castingiem). Okazało się, że do prowadzenia programu wybrano wtedy chyba dwadzieścia osób. Prowadziliśmy go na zmianę, w różnych konfiguracjach. Tak mi się to spodobało, że najpierw pracowałam w bydgoskim ośrodku telewizji, a potem, gdy został ogłoszony casting do „Roweru Błażeja”, poszłam do tej samej Basi, która mnie gdzieś tam „wyczaiła” na tym castingu. Powiedziałam: „Słuchaj, jest taki program – „Rower Błażeja” – w Warszawie, i oni tam szukają prezenterów. Mam jechać czy nie?”. Odpowiedziała mi wtedy: „Wiesz co? Jeśli nie pojedziesz, to się na ciebie bardzo obrażę”. To mi wtedy dało do myślenia. Zapytałam: „Ale jak to? Dlaczego się na mnie obrazisz?” – „Jedź i spróbuj! Jak nie spróbujesz, będziesz tego całe życie żałować”. I stało się oczywiście tak, że pojechałam, spróbowałam… i się udało. Było bardzo, bardzo fajnie i do dzisiaj absolutnie żadnej decyzji z tych dwóch decyzji – ani tej pierwszej dotyczącej pójścia na przesłuchanie do bydgoskiego ośrodka, ani tej drugiej, wyjazdu do Warszawy – absolutnie nie żałuję!

SG: Czyli jednak „spontan”?

PCh: Jednak spontan, tak, zdecydowanie! (śmiech) Z resztą w życiu nie myślałam, że będę z telewizją i dziennikarstwem wiązać swoje życie. Kompletnie nie przyszło mi to nigdy do głowy.

SG: A czego nauczycielem chciała Pani zostać?

PCh: Właściwie nie pamiętam… Moja mama była nauczycielem klas jeden-trzy i myślę, że może szłam tym tropem, może to będzie bardzo podobny zawód, choć dzisiaj, szczerze mówiąc, już nie pamiętam…!

SG: Jakimi zasadami powinien kierować się dobry dziennikarz?

PCh: Rany, to jest najtrudniejsze pytanie świata! (śmiech) Na to pytanie nie da się odpowiedzieć tak łatwo! Myślę, że taką jedną z najważniejszych zasad, którą każdy dziennikarz – obojętnie, czym się zajmuje: czy polityką, czy sportem, czy rzeczami związanymi z życiem społecznym… jest to, że każdy powinien kierować się PRAWDĄ. Myślę, że to jest najważniejsze w dziennikarstwie, żeby pokazywać ludziom rzeczy prawdziwe. Nie oszukiwać, nie koloryzować, nie udawać, że coś jest inne, niż jest naprawdę, tylko pokazywać rzeczy absolutnie prawdziwe. I w myśleniu o rzeczach, które robimy, też trzeba kierować się prawdą. Tym, że chcielibyśmy pokazać ludziom jak najwięcej rzeczy, które dzieją się tu i teraz, są prawdziwe, czasem wesołe, czasem smutne – różnie bywa – ale żeby to była najważniejsza zasada, którą się kierujemy, i żeby to było bardzo rzetelne. Jak pokazujemy coś, to znaczy, że sprawdziliśmy to od początku do końca. Każdą jedną informację – czy dotyczy ona wielkich rzeczy, czy takich całkiem malutkich – musi być tak sprawdzona, żebyśmy mieli stuprocentową pewność, że nikogo nie oszukamy albo nikogo nie skrzywdzimy. To są rzeczy, które dla mnie są chyba najważniejsze.

SG: Co jest najtrudniejsze w pracy dziennikarza?

PCh: To zależy! Jak pracujesz przy takim programie, przy którym ja kiedyś pracowałam, który nazywał się „Kawa czy herbata?”, który zaczynał się o szóstej rano, najtrudniejsze było wstać o czwartej. Ale myślę, że ogólnie najtrudniejsze jest to, żeby przygotować się dobrze do tego, co robimy. Jeśli mamy rozmowę z gościem, to musimy o tym gościu wiedzieć praktycznie wszystko: jak się nazywa, kim jest, co w życiu robi, i wiedzieć, o czym chcemy z nim rozmawiać. To są takie najważniejsze rzeczy, które musimy wiedzieć i chyba najtrudniejsze jest to, żeby tę wiedzę zdobyć,a potem umieć ją wykorzystać. Bardzo często zdarza się tak, że na rozmowę z gościem mamy dwie-trzy minuty. Wydaje się, że to jest bardzo mało, ale czasem zdarza się tak, że to jest bardzo dużo. Trzeba umieć ten czas tak zagospodarować, żeby nikt nie miał poczucia, że było czegoś za mało albo za dużo – musi być tak „akurat”.

SG: Jaka była Pani najśmieszniejsza wpadka podczas wywiadu?

PCh: Podczas wywiadu to nie pamiętam… Ale pamiętam wpadkę, która zdarzyła mi się na Igrzyskach Olimpijskich w Atenach… W podnoszeniu ciężarów brała udział zawodniczka Aleksandra Klejnowska. Startowała w kategorii pięćdziesięciu ośmiu kilogramów. Miałam do podania mnóstwo informacji typu: „ten zdobył złoty medal, a ten srebrny, a ten taki, a ten…”. W jakimś takim ferworze walki, w tym ciągu informacji, powiedziałam, że Aleksandra Klejnowska podnosiła w kategorii pięćdziesięciu ośmiu kilometrów! Dopiero potem zdałam sobie sprawę z tego, co powiedziałam, i pomyślałam sobie „Po prostu koniec świata!”. Takich wpadek, przejęzyczeń, różnych takich rzeczy – szczerze mówiąc – zdarzyło mi się sporo, chociaż dzisiaj już wszystkich nie pamiętam.

SG: Zawsze zaczynając wywiad, mamy ogromną tremę. Jak radzi sobie Pani ze stresem?

PCh: Nie radzę sobie kompletnie! Akurat ostatnio prowadziłam jeden z koncertów podczas festiwalu w Opolu i bardzo się cieszyłam, że mam same długie suknie, dlatego że strasznie trzęsły mi się nogi. Miałam takie poczucie, że jak stoję, to wszyscy widzą, że mi się te nogi tak strasznie trzęsą! (śmiech) Ja sobie nie radzę ze stresem, za to działa jedna rzecz: kiedy zapala się czerwona lampka, która jest na kamerze i oznacza, że jestem na antenie i muszę zacząć mówić, jest to moment, w którym puszcza stres. Zaczynam mówić. Zaczynam robić to, co do mnie należy – czy prowadzić koncert, czy program, zależnie od tego, co robię – i wtedy czuję, że ten stres odpuszcza. Czuję, że robię swoje i muszę zrobić to najlepiej, jak potrafię, i skupiam się tylko i wyłącznie na tym. To jest ten moment, kiedy trema odchodzi – przed tym momentem jest masakra: trzęsą się nogi, mam poczucie, że jest mi strasznie gorąco albo strasznie zimno… Mnóstwo rzeczy się wtedy ze mną dzieje! Ale kiedy zapala się ta lampka, to jest ten moment, kiedy to powoli, chociaż czasem szybko, zaczyna odpuszczać.

SG: Jest Pani dziennikarką, która dużo podróżuje. Które miejsce lub która osoba zostaną w Pani pamięci na dłużej?

PCh: O rany… Miejsce, które miałam wielką radość odwiedzić jako dziennikarz i zrobić tam bardzo fajne reportaże, to Malezja. Gdy mój dyrektor mnie zawołał powiedział: „Słuchaj, nie chciałabyś polecieć do Malezji i zrobić taki czy inny reportaż?”. Najpierw musiałam sprawdzić na mapie, gdzie jest Malezja. Wiedziałam, że w Azji, ale tak do końca, w którym miejscu, nie byłam pewna. Więc najpierw musiałam sprawdzić, gdzie to jest. I rzeczywiście, to była fantastyczna podróż. Pokazywaliśmy tam Święto Kwiatów, i różne inne przepiękne rzeczy. Naprawdę, takie, które pewnie do końca pozostaną mi w pamięci jako takie obrazy, które pojawiają się, gdy o tym pomyślę. To rzeczywiście było takie niesamowite przeżycie dziennikarskie. A jeśli chodzi o osobę… O rany, to nie wiem. Strasznie dużo fajnych osób w swoim życiu spotkałam. Miałam przyjemność przeprowadzać wywiad z noblistą Czesławem Miłoszem – rewelacyjny człowiek. Rozmawiałam chyba ze wszystkimi prezydentami, którzy rządzili naszym krajem, co też jest fantastyczne. Miałam okazję rozmawiać z aktorką Penélope Cruz w Londynie. Była to strasznie krótka rozmowa, ale i tak ją zapamiętam. Jest mnóstwo osób, które w różnych miejscach i w różnych momentach swojej pracy spotkałam…

SG: A teraz coś z innej beczki: czy podoba się Pani nasz region? A może zamieniłaby Pani Warszawę na Złockie albo Muszynę?

PCh: Ja bym Warszawę natychmiast na ten region zamieniła! Tu jest tak pięknie, tu są góry, tu są lasy, tu jest zielono… tu jest czym oddychać. Jest cudownie i fantastycznie. Jedyny mankament jest taki, że jest strasznie daleko od Warszawy! Nie pochodzę ze stolicy, pochodzę z Bydgoszczy. Warszawa już na początku, gdy zaczęłam w niej mieszkać, wydawała mi się tak strasznie wielkim miastem, nie do ogarnięcia. Jak ktoś mi mówił: „Słuchaj, przyjedź w to i w to miejsce, na tę i na tę ulicę”, to najpierw brałam mapę, oglądałam, gdzie ta ulica w ogóle jest, gdzie ja mam dojechać, czym i jak, czy metrem, czy autobusem… No w ogóle koszmar! Dzisiaj jest trochę łatwiej, mieszkam tam już bardzo długo, więc już jest mi trochę łatwiej poruszać. Trochę przyzwyczaiłam się do tego, że w tym mieście się biega. Bo na przykład, jak jadę do mojej ukochanej Bydgoszczy i idę Starym Miastem, to tam ludzie chodzą. A w Warszawie biegają. (śmiech) I to jest ta podstawowa różnica. Ja bardzo chętnie zamieniam Warszawę na takie miejsca jak to, gdzie jest cisza, spokój, mnóstwo zieleni i – mam wrażenie – trochę wolniejsze i spokojniejsze życie.

SG: Pani Paulino, bardzo dziękujemy za tę rozmowę.

/wywiad przeprowadzili: Biel Ewelina, Podobińska Natalia, Ryś Jan, Żygłowicz Magdalena

redakcja i korekta: Wąchała Patrycja/

Zostaw odpowiedź